OGŁOSZENIA

-

7 lipca 2012

Why the fuck why the fuck are you looking at me?


 Bet you sleep like a child with your thumb in your mouth
 I could creep up beside put a gun in your mouth.

Wielka Brytania, Londyn, 2005.

- Dokąd jedziemy? – skierowała pytanie w stronę ojca, prowadzącego samochód. Zegar wskazywał późną godzinę. Dokładniej dwudziestą trzecią czterdzieści pięć. Zmięła w rękach fałdy sukienki niepewna co do tego, gdzie się znajduję i gdzie podróż ma koniec.
- Czy to ważne? Licz się z tym, że to miejsce wywrze na Tobie niesamowite wrażenie. Twój pomysłowy tatuś raz na zawsze pokarzę Ci co robi się z takimi ladacznicami – patrzyła jak gwiżdże pod nosem, pod wpasowując rytm kołysanki śpiewanej w dzieciństwie przez jej matkę. Na ostatnie słowa skuliła się w sobie wiedząc, że po raz kolejny zostanie ukarana za nic. Oparła czoło o szybę, marząc o tym by cierpienie jakie jej zafunduje skończyło się jak najszybciej.
Stawiając stopę na wilgotnej ziemi rozejrzała się wokół nie będąc pewną co do określenia ojca. Z racji tego, iż minęła północ wszystko zdawało się być zbyt ciemne i niewidoczne dla oczu. Jedynie dostrzec można było  zarysy ogromnych drzew, kołyszących się za pomocą wiatru. Konary przybierające podobiznę potworów z wyciągniętymi szponami, kłaniały się ku glebie. Poczuła zimne podmuchy chłostające jej twarz. Potarła dłońmi gołe ramiona, besztając się w myślach z własnej głupoty. Mogła nałożyć na siebie kilka warstw ubrań, ale nie wiedziała, że zawiezie ją do lasu. Nikt jej nie usłyszy. Nikt nie przybiegnie z pomocą. Nikt nie pociągnie w górę, gdy zacznie tonąć we własnej zmąconej psychice.
Dopiero mocny uścisk przerwał przemyślenia Beatrycze. Z każdym krokiem niepokój wzrastał. Długo jeszcze? Chciała zapytać, jednak usta miała jakby zaszyte.
- Wiesz czemu tatuś jest zły? Och, możesz być pewna, że jest bardzo, bardzo zły. A to tylko przesz naszą małą Beatrycze, która znowu zapomniała do kogo należy. – obrócił się na pięcie patrząc na nią z góry, dominując, pokazując, że on tu rządzi. – Jak smakują jego usta? Hmm? Czy lubisz jak Cię dotyka? – na potwierdzenie swych słów przejechał delikatnie paznokciem po jej szyi, zatrzymując się przy wcięciu w dekolcie sukienki. Odsunęła się z szokiem wymalowanym na twarzy.
- Przestań! Nie jestem Twoją własnością! Jak długo masz zamiar mnie więzić? Nie wystarczyło Ci posuwanie matki? – ręka ojczyma śmignęła jej przed oczami. Poczuła ostry ból prawego policzka. Zignorowała go z satysfakcją dostrzegając, iż doprowadziła ojca do szału. Ciągnęła dalej, niewzruszona. – Po niej odziedziczyłam krew szmaty? Czy tak jak ona mam wypisane na czole: „gwałć do woli”? – kolejne uderzenie. Tym razem mocniejsze. Nie wysilając się na odpowiedź, ojciec przyciągnął ją do siebie władczo. Wycisnął brutalny pocałunek na ustach dziewczyny i pociągnął za sobą. Gdyby nie ciągnięto Beatrycze, na pewno stałaby w miejscu z otwartymi ustami. Postawiła mu się. Pierwszy raz. Jaką dostanie za to karę? Bała się pomyśleć.
Wreszcie mogła pozwolić sobie na chwilowy odpoczynek. Chwilowy. Bo obraz jaki  ujrzała sprawił, że spięła wszystkie mięśnie na nowo. Otworzyła szeroko oczy nie wierząc w to co widzi. Czy tu, na środku lasu leżała łopata, a koło niej wykopany otwór? Nie chciała podejść bliżej. Jednak została zmuszona popchnięciem w kierunku dziury. Jeszcze gorzej. Trumna. Brązowa wykonana z drewna trumna. Z małym otworem, zapewne na łapczywe łapanie oddechu w czasie zbliżającej się śmierci. Tylko dla niej. Leżała tutaj, otwarta. Miała wrażenie, że z niej szydzi. Jakby chciała powiedzieć: „ Masz szczęście, Beatrycze. Tylko Ciebie dostąpi zaszczyt. Już wkrótce, a ja czekam.”. Cofnęła się przerażona, na granicy płaczu.
- Nie-e, możesz mi tego zrobić – wyszeptała w przestrzeń, powierzając słowa potworowi.
- Moja dziecinko, ja mogę wszystko. Wiesz dlaczego? Bo jesteś moją własnością. Tylko moją! I czas byś to zrozumiała. Przyjadę jak zastanowisz się nad swym postępowaniem – zrobił kilka kroków w przód zbliżając się do niej, jednak powstrzymała go zaciśnięta dłoń na koszuli, którą zaraz odprawił uderzeniem.
- Przepraszam, ja-a, więcej tego nie zrobię. Obiecuję! Tylko nie zostawiaj mnie – upokorzona spuściła wzrok na buty, które pokryte były błotem.
- Za późno – usłyszała te dwa słowa zanim siłą została wrzucona do trumny. Z niesamowitą szybkością wyprostowała się, uderzając głową o drewno. Tak, miał rację. Było za późno. Wieko zostało zamknięte. Wychwyciła uchem dźwięki zapalającego się silnika. Ostry pisk. I już go nie było. Została sama. Całkowicie. Wepchnęła nos w dziurę nabierając powietrza, przedostając je do płuc. Oddychała coraz z szybciej. Dusiła się. Serce waliło o jej klatkę piersiową. Dudnienie przysłoniło wszystko inne. Słyszała tylko „bum, bum, bum, bum”.
Waliła zaciśniętymi pięściami w każdą dostępną część. Krzyki wydobywały się z ziemi, zatrzymując w powietrzu i rozprzestrzeniając po lesie. Miała dość. Uspokoiła się na moment, póki nie poczuła jak coś obślizgłego wije się na jej nosie. Teraz zostały tylko jęki, szlochanie i wielkie obrzydzenie. Wycofała się w głąb trumny, pocierając nos. Ugryzła rękę, nie chcąc krzyczeć. Miała wrażenie, że jeszcze jeden raz, a jej gardło pęknie. Zacisnęła mocniej zęby. Na pewno po nią przyjedzie. Była jego jedyną zabawką. Nie mógł zmarnować okazji.
Po kilku godzinach nadzieja wyparowała, serce uspokoiło się, a świadomość tego, iż umrze nie doprowadzała jej do szaleństwa. Zamknięta, nie zdolna wyprostować nóg ponieważ ledwo mieściła się w środku trumny, przyswajała się z nową myślą. Tak będzie lepiej. Już nigdy nie dozna uczucia bezradności, cierpienia. Świat skurczy się o jeszcze jedną osobę i zapewne da miejsce nowym początkom ludzkości. Szczekała zębami z powodu chłodu. Całe ciało drżało. Na tą chwilę zmieniła się w jedną, przerażoną galaretę. Niemal zaśmiała się z własnego porównania. Już miała wstrzymać oddech i zakończyć wszystko szybszym tempem, ale usłyszała z daleka ryczący silnik, który podobny był do ryku samochodu ojca. Wybuchła w niej naiwność, że może, jakimś cudem zlitował się nad nią i nie pozwoli oddać jej śmierci.
Usta zacisnęła w wąską linię, świadoma, iż kroki są coraz bliższe. Modląc się usłyszała zgrzyt otwieranego wieka. Zamrugała oślepiona światłem z zewnątrz. Wyczuła nosem własny pot, który od tak dawna spływał po ciele. Spojrzała spod kurtyny rzęs na górującą postać. Podniosła się z wolna czując jak we wszystkich miejscach kości protestują. Pomyślała, że rodzi się na nowo. Wychodzi z grobu jak cholerny zombie. Tyle, że ona miała uczucia. Świadomość. I brak mocy by wyssać mózg ojcu, pozbawiając go życia. Stanęła na nogach, oparta rękoma o ‘ścianę’ ziemi. Kolana drżały niesamowicie. Niemal upadła jak pozbawiona tchu marionetka. Pozwoliła sobie na kilka głębszych oddechów, doprowadzając się do stanu człowieczeństwa.
- No dalej, Beatrycze. Mam nauczyć Cię chodzić? – sarkastyczny ton wydobywający się  z okrutnych ust, które na co dzień zajmowały się całowaniem jej, w jakiś chory sposób zmotywowały ją do dalszego działania. Samodzielnie stanęła na trumnie, przyczepiła dłonie do gleby by wydostać się na wolność. Z dala od czterech, pustych zamknięć. Podciągnęła się nie licząc na jego pomoc. Była już tak blisko. Zgięła kolano by móc umieścić je na trawie i pociągnąć za sobą dalszą część ciała. Nie udało się. But ojczyma natrafił na rękę i zgniótł ją niczym robaka. Puściła się z krzykiem. Tyłkiem uderzyła o twardą powierzchnię ziemi. W tym momencie ból zawitał ze zdwojoną siłą, pozbawiając ją tchu.
- Poproś, Beatrycze. Poproś, a może pozwolę Ci wyjść. Błagaj o litość, a może pomogę Ci w wydostaniu się – wiedział, że nienawidzi wychodzić z sytuacji za pomocą ‘magicznego’ słowa. Bawił się jej łzami, które spływały po policzkach wyrabiając sobie drogę ku brodzie. Bawił się jej oczyma wypełnionymi strachem. Patrzył jak wbija sobie paznokcie w uda, spuszcza głowę i nie odzywa się ani słowem. Wzrastał w nim gniew. Ta mała, suka, wreszcie powinna go docenić. Złapał ją za włosy i pociągnął w górę wywołując upragnione krzyki, które mimo wszystko uspokajały go. Uśmiechnął się okrutnie widząc jak na jej twarzy gości grymas.
Odezwał się cicho, spokojnie, wręcz lodowato.
- Widać, że już tęsknisz za trumną. Nie chcę pozbawiać Cię przyjaciółki, więc co ty na to aby zostać tu na kilka dni? – przybrał zamyślony wyraz, kątem oka obserwując jej wahanie. Miał ją.
- Proszę...- z czerwonych ust wydobyła się mała prośba. Och, tak. Przeszył go dreszcz podniecenia.
- Nie słyszę, Beatrycze. Głośniej! – szarpnął jej włosy.
- Proszę! Słyszysz?! Proszę, błagam, błagam – ostatnie słowo przeszło w ryk. Zadowolony z efektu, chwycił ją pod pachy i wypuścił na zewnątrz.
Zgięła się wpół, przytrzymując rękę na brzuchu. Zwymiotowała. Nie obchodziło ją nic. Zwłaszcza to, że ojciec krzywi się z obrzydzenia. Wytarła drżącą ręką usta i znów utkwiła w nim spojrzenie. Popatrzyła mu w oczy. Nie zobaczył w nich nic. Były puste. Bezdenna studnia.
Wiedziała, że sukienka przybrała kolor brązu tak samo jak włosy. Chwiejnie dźwignęła się na nogi. Postawiła pierwszy krok, jakby dopiero co uczyła się chodzić. Pomyślał, że przesadził. Doprowadził ją do stanu szaleństwa. Przez chwilę miał ochotę ją uspokoić. Kazać przestać patrzeć tymi pustymi oczyma. Oblał go zimny pot. Obserwowała go, cały czas. Pierwszy raz bał się jej. Szła w jego kierunku, a on stchórzył.
- Skoro nauczyłaś się chodzić, nie będzie Ci potrzebna mała podwózka prawda? Po za tym zabrudziłabyś mi siedzenie – czmychnął w stronę auta, otworzył drzwi od strony kierowcy i odjechał, a ona znowu została sama. Diabeł przyszedł, odebrał jej życie i dał nowe. Nie miała pojęcia w, którą stronę iść. Na początku chciała  pobiegnąć za nim by nie zgubić się w drodze powrotnej, ale czuła, że byłby to zbyt wymęczający ruch. Żołądek domagał się jedzenia. Ciało wydzielało przykry zapach dla nosa, a ona miała przed sobą kilka kilometrów spacerem. Z samej wielkości drogi miała ochotę usiąść i zapłakać nad swym losem. Wzięła się w garść. Nie odwracając się by popatrzeć na ‘przyjaciółkę’ ruszyła przed siebie. Czuła, że Bóg ją opuścił. Nie ma w niej nikogo. Jest tylko skorupa nienawiści.


Przycisnęła trzęsące się dłonie do twarzy. Paznokciami wyryła czerwone ślady, coraz głębsze, doprowadzające skórę do krwi. Wspomnienia bombardowały jej umysł. Narzucały się. Nie miała sił by z nimi walczyć. Przeżyła swoją śmierć po raz kolejny. Dusiła się jak w tamtym dniu, rzucając swym ciałem po trumnie. Choć była w bezpiecznym mieszkaniu, poczuła zapach ziemi, potu i strachu. Nawet jeśli uciekła by przed nim na drugi koniec świata, on nieżywy, gnijący pod ziemią nadal trzymałby ją w zamknięciu przed wszystkimi. Miał nad nią władzę – po śmierci i za życia.
Usłyszała jego śmiech. Jakby w niej był. Ciągle. Jakby chciał powiedzieć, że przed nim nie ma ucieczki. Przypomniała sobie jego słowa „Moja dziecinko, ja mogę wszystko. Wiesz dlaczego? Bo jesteś moją własnością. Tylko moją!” i zapłakała.

.

Beatrycze

21.03.1990

Nadal nie rozumiem jednej rzeczy. Ludzie wymyślają coraz to nowe potwory - wilkołaki, wampiry, zombie, zmiennokształtni. Chcą grozy, dreszczu, mianują ich sukinsynami. Dlaczego nikt nie pomyśli, że ludzie są prawdziwymi (i jedynymi) potworami?


Beatrycze nie jest istną pięknością, która kręci biodrami krocząc ulicą. Włosy nie powiewają jej przy każdym ruchu oraz nie skaczą delikatnie opadając na łopatki. Można je raczej określić mianem zniszczonych. Nie odsłania swoich walorów urody. Mieszka w samochodzie wręczonym przez wujka. Pieniądze zdobywa poprzez kradzież, dzięki czemu starcza jej na jedzenie i przedmioty potrzebne do codziennego użytku. Nie wstydzi się swoich starych spodni, poplamionego swetra czy obgryzionych paznokci. Do wszystkie przywykła z czasem. Edukację porzuciła w wieku siedemnastu lat. Zamiast mądrości, pozostała jej wrodzona inteligencja. 
 

  [Witam. Nie skupiałam się na charakterze Beatrycze, lecz umieściłam w karcie jej historię, dzięki której możecie po części zinterpretować jej osobowość. Dalsza część tej opowieści zostanie przedstawiona w notkach. Zachęcam do wątków (rozpoczynania, byłabym wdzięczna, choć czasem mogę zacząć pierwsza),  mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i przeczytaliście całą kartę.]