OGŁOSZENIA

-

17 lutego 2013

Girl, you'll be a woman soon.





Dwa lata temu Sylvia miała plany na przyszłość. Po ukończeniu liceum zamierzała wyjechać z rodzinnego miasteczka i długo tam nie wracać. Była bowiem zmęczona tym miejscem- w końcu przez 18 lat mieszkała w tym samym, starym domu. Nie lubiła też tego, że wszyscy się znali, że było tak mało miejsc, w których można by było spędzić piątkowe popołudnie i generalnie wszystkiego tam brakowało.
W wakacje przed ostatnią klasą, wyjechała do Londynu, by wynająć tam mieszkanie na miesiąc i pracować w kawiarni. Głównym celem wyjazdu było wyrwanie się z Macclesfield, przynajmniej na ten krótki okres czasu. Drugiego dnia poznała tam Marcusa- Hiszpana przebywającego na wymianie studenckiej. Wiedząc, że mają dla siebie jedynie miesiąc, spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Po upływie wyznaczonego czasu, Marcus został w Londynie, a rozgoryczona (i nienawidząca Macclesfield jak nigdy wcześniej) Sylvia wróciła do domu. W ciąży.
Sylvia zdała A-levels (sam egzamin eksternistycznie), ponieważ wiedziała, że jest to przepustka do tego, by kiedyś iść na studia.
Syvia nigdy nie lubiła dzieci. Bała się, że może je uszkodzić, tego, że nagle zaczną płakać i nie będzie ich w stanie uspokoić  albo po prostu zakrztuszą się jedzeniem i umrą. Jak więc miała poradzić sobie ze swoim nowonarodzonym synkiem? Rodzice pomagali jej, ale w chwili, kiedy powiedziała im o ciąży zmienili do niej stosunek. Zaczęli traktować ją oschle, ale nie nieuprzejmie. Po prostu robili to, o co ich poprosiła i nie niczego komentowali. Zdawali się od początku pogodzić się z sytuacją. Nie wypytywali jej o to, co zamierza z tym zrobić. Pewnego słonecznego sobotniego poranka usłyszała od nich jedynie, że skoro zaszła w ciążę i oczekuje dziecka, będzie musiała sobie radzić sama. Sylvia wiedziała, że oczekują od niej, że pójdzie do pracy gdy tylko dziecko podrośnie. Czy był jakiś sens w pozostaniu w Macclesfield? Wyjechała więc do pobliskiego miasteczka Murine Town i wynajęła mikroskopijne mieszkanie składające się z pokoju z kuchnią i łazienki. Na swój sposób było ono nawet przytulne, ale najważniejszą jego cechą było to, że należało do niej. Tak samo jak mały Jack. Wszystko to oznaczało niezależność, do której Sylvia nieświadomie dążyła. Może nie była ona taka, jaką ją sobie kiedyś wyobrażała, ale czy to coś zmieniało?


Dodatkowe informacje:

Sylvia Grant urodziła się 27 lipca 1994 roku. Ma starszą o 10 lat siostrę, która na stałe mieszka i pracuje w Dublinie.

Najważniejsze wydarzenie w życiu Sylvii miało miejsce 30 maja 2012 roku, kiedy to urodził się jej syn, Jack Grant.

Uzależniona jest od papierosów. Pali od 15 roku życia, jedyna przerwa, która miała miejsce od tamtego czasu, to dziewięć miesięcy podczas ciąży oraz dwa miesiące po.

Ubiera się w dosyć ekstrawagancki sposób, ale nie na tyle, by rzucał się on w oczy. Jej ulubionym dodatkiem są duże kolczyki, najlepiej koła.


[No to tak... Szczerze powiedziawszy, to nigdy w życiu nie brałam udziału w blogu grupowym, ale jestem chętna na wszelkie wątki, tylko nie za bardzo wiem jak to ogarnąć. 
Jeżeli chodzi o samą postać, to jest zlepkiem wszystkich moich idoli: Sylvi Plath, Elizabeth Grant (czyli Lany del Rey, ale dziwnie by brzmiała Sylvia del Rey...), imię jej syna to Jack, tak jak Jack Kerouac (autor książki "W drodze"), a pochodzi z Macclesfield, ponieważ tam mieszkał niegdyś Ian Curtis, wokalista Joy Division. Wizerunku użyczyła jej Lindsay Lohan, bo po prostu pasowała mi jej twarz do mojej postaci.
To by było na tyle. Dobranoc!]

16 lutego 2013

She who intoxicates.

"Wszyscy nosimy maski, lecz w końcu nadchodzi taka chwila, że nie możemy ściągnąć ich bez zdzierania skóry."
Andre Norton


Maeve Morlock

...

Urodzona 01.11.1991 w Dublinie.

Zdeklarowana lesbijka.

160 cm, 42 kg.

Maeve urodziła się 21 lat temu w konserwatywnej katolickiej rodzinie. Proces nauczania w dziewczęcej szkole z internatem przeszła zawalona obowiązkami - rodzice chcieli, by ich kochana córka, oczko w głowie była dobrze wykształcona. W wyniku tego zna cztery języki, gra na pianinie i gitarze, oraz cały czas nie może uwolnić się od uzależnienia od antydepresantów. 

W wieku osiemnastu lat przyznała się rodzicom do swojej orientacji. Po kilku próbach "wybicia jej z głowy tych głupstw" wyrzucili ją z domu. Ot, bajka się skończyła.

Przez dwa lata błąkała się między Anglią, w której ówcześnie mieszkała, a Irlandią, szukając miejsca dla siebie. W tym czasie łapała się wszelkiego rodzaju prac dorywczych, zarówno pieląc ogródki staruszkom, jak i dostarczając pizzę, czy robiąc za tłumaczkę turystom. Niedawno trafiła tutaj, do Murine Town.

Charakter: Maeve jest spokojną i cierpliwą osobą, raczej skrytą i małomówną. Nie wstydzi się żadnej pracy. Wzbudza intuicyjne zaufanie u osób dopiero poznanych, jak i tych, których zna dłużej.

Wygląd: Drobna, szczupła, ubiera się tylko na biało lub czarno. Jej oczy są niebieskie, a włosy blond. Ma drobny biust i wąskie biodra.

Dodatkowe informacje:
-Mówi po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku.
-Jest uczulona na czekoladę.
-Uwielbia miętówki.
-Zawsze wygrywa w karty, za to w szachach jest beznadziejna.
-Nie lubi biegać.
-Ma starszego brata, oraz młodszą siostrę. Kontaktuje się z nimi mailowo.
-Umie się bronić, kiedyś potajemnie ćwiczyła krav magę.
-Obecnie bezrobotna, szuka pracy.
-Uzależniona od kawy, papierosów i antydepresantów.



[Ta karta jest tak beznadziejna, że pandy płaczą, przepraszam, wybaczcie. Cytat wyhaczony w Criminal Minds, imię też. Twarzy użyczyła Cara Delevingne.
Chętna na powiązania.
Proszę, zaczynajcie wątki, bo ja się wstydzę.]

14 lutego 2013

I'm addicted to... you.

    Margaret "Margo" Coal

| Urodzona 23 września 1992 r. w Londynie | Heteroseksualna |

   Sprowadziła się do Murine Town stosunkowo niedawno, poszukuje pracy, a póki co utrzymuje się z niewielkich oszczędności. Oficjalnie. Zdarza jej się też grywać na gitarze w parku bądź centrum.

   Zamieszkuje małe lokum w kamienicy mieszczącej się przy jednej z bocznych uliczek miasta.


   Średniego wzrostu dziewczyna, dość szczupła. Jest właścicielką długich, ciemnomiedzianych włosów. Szare oczy zazwyczaj podkreślone są dość mocną oprawą w postaci ciemnych rzęs i cieni do powiek. Gama kolorystyczna jej ubrań zamyka się w przeróżnych odcieniach od bieli do czerni, niekiedy pojawiają się brązy i rudości. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę, którą dostała od ukochanego brata; nigdy jej nie zdejmuje.

   Margaret urodziła się 23 września 1992 r. w Londynie. Gdy miała 4 lata, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym. Od tego czasu dziewczyna stopniowo zamykała się w sobie, tłumiąc uczucia i emocje. W ten sposób doprowadziła swoją sferę emocjonalną do skrajnego zubożenia. Stała się jednocześnie pełna sprzeczności. 
   Chodziła do zwykłej szkoły, zdobywając przeciętne oceny. Zamknięta w sobie, zgrywająca rolę oschłej i zimnej, w wieku nastoletnim szybko zaczęła korzystać z wszelakich używek. Zdemoralizowana, uzależniona od nikotyny. W szkole średniej miała opinię podłej suki, co wcale jej nie przeszkadzało - przynajmniej miała spokój, gdy tego chciała; gorzej, gdy potrzebowała pomocy, wtedy wiele osób ją odpychało. Wtedy szukała wsparcia u swojego starszego brata, Jaspera, który zawsze służył jej pomocą. Margo często robi rzeczy, których nikt się nie spodziewa, jakby nie dbając o swoje dobre mienie. Powszechnie uważana za niemoralną. A jednak, gdy zbliży się do elastycznych granic przyzwoitości, wie, że należy się wycofać. Matka uważała ją za dziwkę, ponieważ ta zmieniała chłopaków, a tym samym partnerów seksualnych, jak rękawiczki. W rzeczywistości dziewczyna szukała nowych doznań zarówno fizycznych jak i emocjonalnych, chciała cokolwiek poczuć. Wierzy, iż miłość romantyczna istnieje, lecz uważa ją za źródło kłopotów i natręctw. Mimo to, nieudolnie jej szuka, chcąc poznać jej naturę. Nigdy nie była naprawdę zakochana – choć przyznawała się do tego wiele razy, to ostatecznie stwierdzała, że to jedynie chwilowa fascynacja czy podniecenie. 

   Pewnego razu Margaret otarła się o śmierć, gdy po zażyciu sporej dawki heroiny stwierdziła, że niczego się nie boi i wyszła na sam środek ulicy. Sprzed kół nadjeżdżającej ciężarówki zgarnął ją Jasper, który sam cudem uniknął wypadku. Od tamtej pory brat pilnował Margo, by ta nie miała więcej do czynienia z narkotykami. Jednak nastolatka nieraz znajdowała już sposób na zaspokojenie swoich potrzeb, skutecznie omijając nadzór.
 
   Widując Margo raz na jakiś czas można wywnioskować, że jest osobą obojętną na świat, aczkolwiek korzystającą z życia.  Nic bardziej mylnego. Po bliższym poznaniu dowiesz się, że jest to zagubiona i pieruńsko samotna dziewczyna, która nie potrafi odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości. Stara się być niezależna, lecz podświadomie poszukuje głębszej więzi z inną ludzką istotą. Jest romantyczką, ale tylko w swoim towarzystwie, nikomu dotychczas nie dała poznać się od tej strony. Nierzadko bywa perwersyjna i obsceniczna. Lubi ryzyko i zdarza jej się balansować na krawędzi. Czasami chce zrobić krok naprzód i runąć w dół, skończyć beznadziejne w jej mniemaniu życie. Mówi o rzeczach irracjonalnych, odchodzi od tematu podczas rozmowy, lecz potem wraca do pierwotnego wątku; mąci w głowie, choć nie specjalnie. Odnosi wrażenie, że to nie jest jej miejsce i czas; że należy do innej epoki. Lecz nie potrafi określić jakiej.
    Od mniej więcej dwóch miesięcy stara się psychicznie podnieść i odbudować, czemu służyć ma zmiana miejsca zamieszkania. Próbuje całkowicie odstawić narkotyki, w które wplątała się jakiś czas temu, ale najzwyczajniej w świecie nijak jej to idzie. Nie uważa się za narkomankę, po prostu od czasu do czasu lubi sobie poszerzyć źrenice, by lepiej postrzegać rzeczywistość. Chciałaby też, by ludzie zmienili zdanie o niej. Teraz, z czystką kartą, ma na to szansę. Wie jednak, że zmiana nie przyjdzie łatwo - lata nawyków, wyuczonych postaw i zachowań nie dadzą tak łatwo usunąć się w cień.

   Bywają dni, gdy jest mocno rozchwiana emocjonalnie, nie dostrzega niebezpieczeństwa w wielu zjawiskach i czynach. Mówi, że nie żyje, umarła wraz ze swoim ojcem. Sięga wtedy po używki, by zapomnieć o wszystkim dookoła, otumanić się.


   Margaret uwielbia nocne spacery przez park. Gdy chce się wyciszyć, odwiedza muryńskie przedmieścia. Dość często można ją spotkać w centrum: po prostu na  ulicy, gra na gitarze, chcąc zarobić nieco drobnych; w Aster Cafe, gdzie Margo gości średnio raz na tydzień - w czwartki, gdy odbywają się wieczorki poetyckie; w weekend zdarza jej się wpaść do klubu The Basement.
 ____________________________________________________________________

[Jestem chętna na nowe wątki. I to jak cholera :3 Postać Margo cały czas będzie się rozwijać. Postaram się dodawać opowiadania.]


11 lutego 2013

You see things. You understand.

I remember tears streaming down your face



Anthea Katherine Holmes
 Lat dwadzieścia cztery 

Pojawiła się w naszym mieście całkiem niedawno, a już zdążyła narobić hałasu. Ta na pozór spokojna, nieśmiała, urocza blondynka o odrobinę zbyt anorektycznym ciele okazała się niegrzeczną dziewczynką z wieloma tajemnicami.

Zacznijmy jednak od opisu tej wysokiej, młodej kobiety, która nagle pojawiła się na ustach całego Murinetown. Anthea zamieszkała w małym, skromnym domku na obrzeżach naszego miasteczka. Jej obecny adres to Bayley Street 21B. Niedawno, jak dowiadujemy się z zaprzyjaźnionych instytucji, z wyróżnieniem zakończyła naukę na Oxfordzie i ma za sobą wiele kursów z filologii angielskiej, architektury oraz modelingu. Co, tak wszechstronnie uzdolniona mieszkanka pełnego życia Londynu, robi u nas?

Jej dawni przyjaciele informują, że nigdy nie dało się jej poznać do końca. Każdego dnia była inna, jakby chowała w sobie setki osobowości.


„Nigdy nie lubiła przebywać w naszym towarzystwie. Ani w naszym, ani w jakimkolwiek innym. Dla niej najbardziej liczył się jej gabinet, kryjący w sobie wiele tajemnic. Nigdy nikogo tam nie wpuszczała. Ciągle coś szkicowała, albo pisała, a gdy nie siedziała przy skrawku papieru, biegła na swoje liczne kursy i praktyki. Nikt jej nie znał, a jednak, pomimo tej całej niechęci do innych ludzi, zawsze była otoczona wianuszkiem adoratorów i znajomych" – tłumaczyła naszej redaktorce była współlokatorka panny Holmes, Jenna Martin.






„To nasze ostatnie zdjęcie. Anthea miała wtedy osiemnaście lat, a ja dwadzieścia. Tego dnia widziałyśmy się po raz ostatni" - informowała nas Amelia Holmes, siostra bohaterki artykułu. - " Była to końcówka wakacji, które zawsze spędzałyśmy razem, aż do tego roku. Anthea po jakimś czasie przestała się z nami kontaktować, ale nic nie mogliśmy na to poradzić. Nasze starania były przez nią ignorowane. Sądziłam, że przyczyną tego może być nowy tryb i jakość życia mojej siostry, ale ta nawet nie chciała ze mną rozmawiać."







Tak wyglądała nasza tajemnicza blondynka, gdy miała czternaście lat. Czy zauważacie w pięknych oczach tej wydoroślałej nastolatki odrobinę pogardy i poczucia wyższości? My na pewno.


Udało nam się odkryć, że dziewczyna pracuje w barze nocnym. Po jej niesamowitych występach, z trunkami w roli głównej, uważamy, że umie to robić zbyt dobrze. A przecież grzeczne dziewczynki nie bawią się w barmanki, prawda?








Nie udało nam się ustalić większej ilości danych, lecz postaramy się uzupełnić je w kolejnym wydaniu "Głosu Murinetown". Co jeszcze do ukrycia ma Anthea Holmes?


25 stycznia 2013

Niech żyje Bóg i jego poczucie humoru...


Simon Murray
27 lat
Komiksiarz ze skończonym zarządzaniem


Po pierwsze, dzieciństwo... 
Okres do którego najchętniej powraca się wspomnieniami. Nie trzeba się niczym martwić, można biegać, zdzierać kolana i chować się za mamę, a jeśli ma się rodzeństwo (brata bliźniaka na przykład) to można z nim budować fort z poduszek i kołder. Jest to czas pełen beztroski.
Tak to wszystko wygląda w teorii, bo rodzice mogą się okazać ludźmi zapracowanymi, po prostu. Chcą zapewnić swojemu dziecku dobrą przyszłość, więc pracują. Tylko rodzeństwo nie zawodzi.
Dlatego niektóre dzieci zamiast budować domek na drzewie razem z własnym tatą, są zmuszone do siedzenia w domu pod okiem nadopiekuńczej babci i nawet brat może już wtedy być po prostu bardziej towarzyski i spędza czas z rówieśnikami.
To nie jest takie dzieciństwo, które się chce wspominać, bo przecież się niewiele z niego przeżyło. Dobrze, jeżeli ma się jakieś zainteresowanie, chociażby komiksy, czy rysowanie.

Po drugie, dojrzewanie... 
Chwila na bunt, trzaskanie drzwiami i noszenie ciężkich, skórzanych buciorów. Zasadniczo, to trudno sobie z byciem nastolatkiem poradzić, gdy jako dziecko miało się minimum znajomych, do których zaliczyć można głównie starszego o te kilka minut brata i maksimum dodatkowych zajęć, jak karate, czy lekcje gry na skrzypcach, do których było się zniechęconym już na wstępie.
Jak ma się problem z odnalezieniem, to jest się nieszczęśliwym, a kiedy człowiek czuje się właśnie tak, to można nabrać wrażenia, że jest się przegranym. To uczucie znowu jest wyniszczające, nie znika tylko czai się na chwile słabości danej osoby i nawet rodzeństwo, z którym łączy silna więź nie jest w stanie pomóc. 
Bardzo często wybawieniem okazuje się coś, co się kocha. Może komuś się spodoba narysowany komiks, może tym razem będzie okazja do tego, aby pokazać się przed rodzicami z chłopakiem, a może brat po prostu pojawi się na czas... ale to nie wystarcza.
Kiedy nie ma się za dużo znajomych życie biegnie jednostajnie. Szkoła, dom, zajęcia dodatkowe i tak w kółko, a później przychodzi pełnoletniość.  

Po trzecie, dorosłość... 
Nikt nie powiedział, że po studiach i kiedy ma się absolutnie wszystko, to jest już dobrze. Cudowne mieszkanie, dobrze płatna praca, pokaźna suma na koncie w banku, no i co z tego…
Mieszkanie może być nieznośnie puste pomiędzy kolejnymi wizytami brata, pracy można nie lubić, a pieniądze można chcieć oddać w zamian, za zapełnienie dziury gdzieś pomiędzy drugim, a trzecim żebrem, odrobinę po lewej stronie.
To wszystko doprowadza do ułożenia pigułek w równym rzędzie, tak że stwarzają wrażenie małej, kolorowej armii.
Pastylkowi żołnierze giną w ustach, jeden po drugim, przechodzą przez przełyk popychani alkoholem.
Chce się umrzeć, bo to jest lepsze niż branie udziału w zbiorowym szaleństwie tego świata.
Jeśli nie wyjdzie to trafia się do wariatów, w końcu próba samobójcza to nie jest byle co. Nie można tego zlekceważyć.
Człowiek chce się zabić nadal, ale coś się zmienia. Może terapia przynosi skutki, może psychiatra w końcu zaczyna mówić do rzeczy. Coś w tym wszystkim jest.
Wyjść i stworzyć sobie szczęście, jakkolwiek by miało wyglądać. Nie przyszło samo, to trzeba je sobie samemu zrobić.
Kiedy w końcu się udaje, zakład psychiatryczny żegna i w ogóle… trochę jest dziwnie, a wiara w to, że wszystko się ułoży ulatnia się niczym papierosowy dym. Czas na to, aby znowu odnaleźć w otwartym świecie, a skoro wszystko wydaje się obce to można zrobić cokolwiek.
Spakować manatki, pożegnać matkę i ojca. Wyjechać do miejsca wybranego losowo, robić to w czym się jest po prostu dobrym.
Dwie torby, skończone studia, własne pieniądze, które dawały odpowiednio dużo niezależności, tęsknota za bliźniakiem już w dniu wyjazdu i nic ponad to.

Po czwarte, samodzielne życie...
Nowe miejsce jawić się może jako wybawienie, ale trafienie do niego było jedynie formą ucieczki. Wystarczyło się już tylko odgrodzić grubym murem od tego co minęło i jest niechciane, a po tym żyć po swojemu. Nie wszystkiego jednak człowiek jest w stanie się wyzbyć. Niektóre pragnienia czają się i chociaż ma się świadomość, że one gdzieś tam są to i tak można sobie wmówić, że jest w porządku.
Wystarczy drobny impuls i wszystko wraca, a wtedy znowu jest tak cholernie źle, że nie trzeba długo się zastanawiać co należy w tej sytuacji zrobić.
Do czegoś, co w kimś siedzi potrzeba tylko głupiego pretekstu.
Jest cięcie. Jedno, a później drugie i oba biegną wzdłuż wewnętrznej strony przedramion.
Najgorszą z możliwości zakończenia wszystkiego jest pobudka w szpitalu ze sporą ilością szwów na dodatek.
Człowiek wtedy chce się schować, bo ma dość swojej żałosności.
Mieć nieudane życie? W porządku, ale nieudane samobójstwa to już przesada.
Obecny stan jest zły, ale w miarę stabilny.

Po piąte, plany na przyszłość...
1. Nie zabiję siebie (w to nie wierzy samemu sobie)
2. i nikogo innego też nie (na to ma nadzieję)
3. Nadrobię stracone lata (tu się okłamuje)
4. Będę chwytał ten cholerny dzień (tego lepiej nie komentować)
5. Przestanę się przywiązywać do ludzi (będąc nim to niemożliwe)
6. Nauczę się rosyjskiego (najpierw musiałby znaleźć motywację do czegokolwiek)
7. Wydam coś własnego (jak wyżej)

8. w całości... (ta...)
9. Nie zacznę błagać swojego brata, żeby tu przyjechał (w sumie wykonalne)
10. Kupię sobie jakiegoś zwierzaka, (dobry pomysł)
11. albo znajdę faceta, który lubi być głaskany (bardzo, bardzo zły pomysł)


one... two... three... four... five...
OkayOkayOkayOkay...

20 stycznia 2013

We need to wake up

Junip - Rope and summit


Jesteś moim prywatnym bólem.
Cząstką nieuchwytnej codzienności, która z dnia na dzień jest mi coraz bliższa, mimo że się oddala. Chcę zapomnieć. Nie mogę. Nie chcę. Nie pozwalasz mi. Twoje śliwkowe usta cicho szepcą tuż przy moim uchu. Ciszej niż wirujące płatki śniegu za oknem. Ciszej niż koła wirujące po autostradzie. Ciszej niż mój płacz w środku bezgwiezdnej nocy. Jesteś. Nie ma cię. Trwasz. Znikasz. Jesteś w mojej pamięci. Moim sercu, ramionach, włosach. Czuję twój smak na ustach, zapach kręci mnie w nosie, dłonie wyczuwają najmniejsze zgrubienie, nierówność. Jesteś wszystkim, co mam. Jedynym, co mam. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Kamienny murek i bolesność upadku, kiedy Cię spotkałem. Byłaś niesamowita. Jedyna w swoim rodzaju. Pamiętam jak mnie w sobie rozkochałaś. Pamiętam ostre pieprzenie na pralkach, samochodach, pamiętam wspólne palenie zioła, pamiętam wypady do galerii. 
Wszytko pamiętam. Pamiętam Ciebie. Jesteś moim życiem. Bez Ciebie nie istnieję. A ty, właśnie teraz mnie opuszczasz. Właśnie teraz. Kiedy mam własne mieszkanie, kiedy znalazłem pracę i kiedy Cię potrzebuję, żeby się opamiętać. Dajesz mi szczęście. Dajesz mi pewność życia. I chcesz to zniszczysz. Chcesz mnie zostawić, zostawić te wspólne przeżycia. I co? Znajdziesz sobie innego? Uwiesisz się na jego szyi i przesuniesz wargami po wargach? Będzie twój. Każdy jest twój. Masz wszystkich. A ja tylko Ciebie. Zostań. Proszę.
Na kolanach. Połykam gorzki smak życia. Pozwalam wylewać na siebie pomyje XXI wieku. Dla Ciebie. Doceń to. Jeszcze nam się ułoży. Postaram się. Tylko daj mi szansę. Nie umiem żyć bez Ciebie. Brak twojej obecności sprawia mi ból. Wiję się. Łkam w poduszki, bo Ciebie nie mam. Podbudowałaś mnie. Pokazałaś moją prawdziwą wartość. Więc nie uciekaj. Nie teraz, kiedy całe moje życie podyktowane zostało Tobie.
Umierał. Umierały jego knykcie. Jedyne, co utrzymywało go przy życiu. I ratowało od nudy. Siedział, przy oknie, wystawiwszy bose stopy na zewnątrz i palił piętnastego papierosa.
Zostało jeszcze pięć do zachodu słońca.
I dwadzieścia do zaśnięcia. 
Plus cztery kawy. To jedyne, co jego rozdygotane ręce były w stanie przygotować. Nawet nie potrafił ułożyć nut na fortepianie. Pieprzone życie. 
Przemyśl to. Nie chcę na Ciebie naciskać. Cholera, ale muszę. Jeśli mnie zostawisz, znajdę Cię. Zabiję. Zniszczę. Poświęcę moje prywatne szczęście. Nie pozwolę Ci, Porażko, mnie zostawić. Jesteś mną.
Twój, na wieki
JM

Przecież nic się nie działo. To tylko kontuzja. Lekka. Ale musi się ograniczyć. Nie może. Przez dwa tygodnie. Przecież klawisze uschną bez dotyku jego rąk. Wygną się od starości. Nie mogą mu tego robić. Zabraniać. To niehumanitarne. Bestialskie. Co on miał począć? Co mógł robić bez tego? To niemożliwe, żyć w takich warunkach. Nie, nie. On przecież nie żyje. To tylko namiastka egzystencji. Wszyscy myślą, że umarł. Nie wyszedł z domu od czterech miesięcy. Popadł w paranoję. Lekarza kazał przyzwać do siebie, a zakupy zamawia przez internet. Słońce mu szkodzi. Ludzie mu szkodzą. Albo on im zaszkodzi. Musi się chować. 
Musi, bo nie przeżyje.
Nie umie żyć bez niepowodzeń. A te ostatnio o nim zapomniały. 

***
Ja żyję. On - egzystuje. Propozycje wątków chętnie, pod kartą. Może się wreszcie obudzę.

12 stycznia 2013

he will be.

Alexander James Watson
28 lat
bibliotekarz
Nikt nie spodziewał się, że Angelique Watson urodzi jeszcze jednego syna. Tak właściwie to i pierwsi dwaj byli nie małą niespodzianką. Pisarka nazwała najmłodszego synka po swoim dziadku i pradziadku, nie słuchając sprzeciwień męża, który chciał nazwać dziecko Bob. Alexander James był zdrowym dzieciakiem, lekko nadpobudliwym. Ale i tak każdy uwielbiał malucha, który przy każdej okazji tarzał się w błocie. Bracia zaczęli wołać go Piggy-James, ale Alexandrowi to raczej nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, był niesamowicie odporny na każdego rodzaju obelgi i wyzwiska, nigdy nie pokazywał że był upokorzony lub skrępowany. Zwykłe, wesołe dziecko jak każde inne. Uwielbiał zwierzęta, ubłagał w matce trzy psy i kota, zapewne po głowie chodziło mu ich jeszcze więcej. Gdy poszedł do szkoły, nauczycieli byli wniebowzięci. Inteligentny, sprytny i oczytany. Wręcz idealny uczeń.

marsh my mellow, don't harsh it, i'm on vacation

A teraz? Wcale się nie zmienił. A po co. Na zewnątrz dorosły mężczyzna, a w środku dziecko bez jakichkolwiek granic. Jest tą osobą, którą każdy zna i toleruje, jest dosłownie wszędzie. A jeśli  się z nim zaprzyjaźnisz, już się go nie pozbędziesz. Alexander jest lojalny jak pies, mądry jak sowa, sprytny jak lis i tak ogólnie jest jak pluszowy miś. Tylko taki trochę inny. Pije dużo kawy z czterema łyżeczkami cukru, przez co jest nakręcony dwadzieścia-cztery na dobę. Często chodzi na długie spacery ze swoimi dwoma ukochanymi psami Lionem i Tekkenem. Kocha żartować, ma świetne poczucie humoru ale nie robi z siebie klauna. Jest szczery, czasami może zbyt szczery, ale nigdy nie ma zamiaru kogoś urazić, naprawdę. Od czasu do czasu ukazuje się jego zazdrość, ale rzadko zależy mu na kimś tak bardzo by być zazdrosnym przez cały czas. Już za dziecięcych czasów był marzycielem, chodził z głową w chmurach, dosłownie. Nie ma się czemu dziwić, że tak często powoduje wypadki zwykle przechodząc przez ulicę. Chodzące nieszczęście, cholerna niezdara. Ma dwie lewe nogi i dwie lewe ręce, zalicza gafy na lewo i prawo. No, w końcu duże dziecko.

i only read five books this week

Cztery lata temu otworzył bibliotekę w samym środku miasta. Dwupiętrowy, kamienny budyneczek mieści ponad 2000 książek dla każdego gustu. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, sam Alexander większość czasu przebywa w tym swoim prywatnym niebie i czyta. Szczerze czasami woli spędzać czas z książkami niż z ludźmi, ale to pewnie odziedziczył po matce, pisarce. Alexander czasami sam sięga po pióro, ale boi się komukolwiek pokazać swoje prace. Już szybciej obejrzysz jego obrazy wywieszone na wystawie biblioteki "Sherlock Old's". Jest artystą bardzo alternatywnym, możliwe że sam nie ma pojęcia co właściwie maluje. 


all i want is butterfly kisses in the morning, peanut butter sandwiches shaped like a heart, and to make you smile until it hurts

Nadal szuka kobiety idealnej. Po licznych romansach, nic nieznaczących  aferach oraz kilku poważnych związkach jeszcze bardziej stara się znaleźć . Szuka romantycznej miłości, tej jednej jedynej. Najlepiej kobietę o ciepłym sercu i dużym umyśle, kochającą i inteligentną, wierną i szczerą. Powinna chcieć założyć rodzinę, zbudować dom na przedmieściach Murino Town i razem z Alexandrem doczekać się wnuków. Czasami sam nie wierzy że taka kobieta istnieje, ale Watsonowie się nie poddają, racja? Jest pewny, że kiedyś znajdzie tą jedyną, nawet jeśli minie trochę lat. Czasami sam opowiada o sobie jak o "małej dziewczynce z dużą wyobraźnią". Ale może jest tylko nieuleczalnym romantykiem.


[więc witam. karta będzie ulegać ciągłym zmianą, proszę nie bić. na zdjęciach Matthew Gray Gubler.]

24 grudnia 2012

Simona MONA Mayfair

Simona Mona Mayfair | dwadzieścia lat | córka bogatego wdowca

Kawa- napój o przedziwnej konsystencji, z domieszkom kilku fusów, kroplą mleka i jedną, płaską łyżeczką cukru. Podobnie jest z główną bohaterką tej historii, Moną- nadzwyczajne opakowanie, z dodatkiem paskudnego charakteru w tle i słodyczą, która wynagradza troski- pracą. 

"Stanowczo za dużo pracuję! Powtarzałem jej żeby zwolniła, odpoczęła a nawet wyjechała na kilka dni- ale czy to coś dało? Wciąż jeździ do firmy o czwartej nad ranem ze stosem papierów w czerwonej aktówce. Nie jest jej ciężko? Szkoda mi tej biedulki, ach szkoda- ambicję ojca wyryły się w jej sercu tak głęboko, że chyba nie potrafi już inaczej funkcjonować- może gdyby jej matka żyła (...)"- Tom Grey, szofer.

Tom zawsze wciskał nos w nie swoje sprawy. Węszył, zagadywał, czasami ślęczał pod drzwiami i słuchał opowieści swojego pracodawcy- zarzekał się jednak, że robi to tylko i wyłącznie dla dobra tej rodziny, wcale nie przekazywał informacji o jej problemach do mediów i brukowych gazet. Trzeba jednak przyznać, że gdyby nie wrodzona ciekawość szofera, historia panny Mayfair pozostałaby tajemnicą- bo ta dziewczyna nie mówi za wiele. Nie jest to jednak wada, wielu mężczyzn woli po prostu na nią patrzeć, dziedziczka nie musi więc otwierać krwistoczerwonych ust by ktoś zwrócił na nią uwagę. Szczęście czy przekleństwo? To wie tylko ta sprytna dziewczyna, która w wieku szesnastu lat dorobiła się swoich pierwszych, dużych pieniędzy...

"Słyszałem, że podupadła na zdrowiu. Faktycznie, schudła, ale żeby od razu wbijać w tą porcelanową skórę igły z podłączeniem do kroplówki. Przesadzają, wystarczyłoby dać jej coś ciepłego do jedzenia, najlepiej kotleta, albo dwa! Przecież ona nie ma nawet czasu aby wstąpić do kuchni w domu, co dopiero do jakiejś restauracji czy bufetu. Ciągle w tych papierach, biedulka!"- Tom Grey, szofer. 

Pannę Mayfair widziano ostatnio w ogrodzie, przed starą kamienicą w Murine Town. Nasz informator potwierdził doniesienia o przeprowadzce dziewczyny do mieszkania, w której spędziła dzieciństwo jej matka, Teresa. Wspominaliśmy już, że jest do niej bardzo podobna? Dwie krople wody, dosłownie!- idealne, kobiece kształty, cięty język i podły aczkolwiek figlarny charakterek Mona odziedziczyła po matce. Ciekawe tylko czy skończy tak jak ona? Patrząc na jej postępowanie, ambicję, które przerastają niejednego dojrzałego człowieka, można śmiało stwierdzić, że katastrofa wisi w powietrzu! Ucieczka przed problemami w zapomniane miejsce, może nie być najlepszą terapią na zszargane nerwy młodej dziewczyny. Dajcie jej kieliszek wódki, ewentualnie dwa na rozluźnienie...

Kilka bardziej lub mniej istotnych rzeczy związanych z Simon
  • Dziewczyna ma duże mniemanie o sobie- zapewne za sprawą ojca, który rozpieszczał ją od najmłodszych lat. Rozmawiając z nią musisz więc uważać na słowa, jeżeli ją obrazisz potrafi skręcić Ci kark, odgryźć rękę a Twoje zęby przerobić na stylową bransoletkę.
  • Czego się nie dotknie zamienia w złoto. Jest jednym z najlepszych pracowników w kancelarii ojca, który sprawił, że firma wypłynęła na szerokie wody Pacyfiku. 
  • Towarzyszy jej czarny kot o imieniu "Dracula"- nazwała go tak ze względu na jego zżółknięte już zęby. Spotkała go raz na drodze ze sklepu i od tamtej pory są nierozłączni. Spotykając ją w Murine Town możesz mieć pewność, że ta bestia kręci się gdzieś w pobliżu.
  • Kiedyś uczyła się grać na fortepianie, więc jeżeli zechcę pokazać Ci swoje umiejętności- wiej gdzie pieprz rośnie! Ta dziewczyna już dawno zatraciła zmysł słuchu.
  • Nie mówi za dużo. Woli słuchać i obserwować, a gdy już dojdzie do odpowiednich wniosków, sama zadecyduję czy wpuści Cię do swojej magicznej krainy miodem i mlekiem płynącej. 
[Witam wszystkich bardzo serdecznie. Karta jest jaka jest, poprawię ją gdy tylko nadarzy się okazja :) Zapraszam do wątków (dopiero wracam do blogów grupowych, więc byłabym wdzięczna o rozpoczęcie- sama mogę nie dać rady) i ciekawych powiązań.]

22 grudnia 2012

You shouldn't have to shout for joy!







Gabriel Sanders
Murine Town, Anglia
24 lata


Żywiołowy, zawsze uśmiechnięty, po prostu dusza towarzystwa.
Takiego Gabrysia można spotkać praktycznie wszędzie, z wyjątkiem kilku miejsc, ale o tym dalej. Tak więc główne ulice Murine, a nawet te zawiłe, z dala od centrum miasta, niosą jego donośny i jak zawsze szczery śmiech. Zapewne przykuwa uwagę tym swoim niepoprawnym wręcz optymizmem i wiecznym uśmiechem na twarzy, ale dobrze mu z tym i nie ma zamiaru się zmieniać. Zbawiłby cały świat, gdyby tylko miał taką możliwość, lub posiadał jakieś nadprzyrodzone moce, z czym się nie kryje i ani trochę nie przejmuje się tym, że w oczach poniektórych ludzi wychodzi na wariata. Bo przecież wariat, w dość pokrętny sposób brzmi pozytywnie, czyli można to traktować jako swoisty komplement. I właściwie, to czy ktokolwiek widział go kiedyś zmartwionego?


Zrównoważony psychicznie, ale wciąż wesoły, odkładający wulgaryzmy, oraz wszelkie małe nałogi, a nawet własną orientację seksualną na bok.
Tak wygląda porządny synek mamusi, kiedy przekracza próg rodzinnego domu, który mieści się na obrzeżach Murine. Przecież mama wcale nie musi wiedzieć, jak jej syn zachowuje się poza zasięgiem jej wzroku. Ważne, by w oczach rodzicielki pozostał tym samym, grzecznym i uczynnym Gabrysiem, jakiego wychowywała. Dla niej istotne jest też, że jej chłopiec ukończył akademię muzyczną z wielkim wyróżnieniem i spełnia się zawodowo, oraz samodzielnie utrzymuje mieszkanie w jednej z kamieniczek, niedaleko centrum.




(Nie)nałogowy palacz, trochę uwodziciel, ale z pewnością nie romantyk, zdeklarowany gej.
Oto i trzecia odsłona Gabrysia. Najczęściej zauważalna jest ona wieczorami, kiedy przychodzi czas na pojawienie się w okolicznym barze, czy klubie i brylowanie w towarzystwie znajomych i przyjaciół. Tam Sanders nie musi się kryć z tym, że jest homoseksualny, a jeżeli znajduje się ktoś, kto ma z tym problem, to zostaje zbyty ładnym uśmiechem, albo prawym sierpowym - jeżeli wymaga tego sytuacja... bo generalnie Gabryś głosi pokój i na pozyskiwaniu wrogów mu nie zależy.



Poważny, elegancki, po prostu odmieniony nie do poznania.
To już ostatnia odsłona Gabrysia... albo Gabriela, bo tak brzmi odpowiednio. Drogi, markowy garnitur, czy też frak, to z pewnością nie jest strój, w jakim można go spotkać na mieście, czy we wcześniej wspomnianym klubie. Ubiór ten, to nic innego, jak część umowy jaką Sanders zawarł z właścicielem tego pięknego, trzygwiazdkowego hotelu w centrum miasta. Jego robota, to nienaganna prezencja i przyjemna dla ucha gra, na dokładnie wypolerowanym fortepianie. Idzie mu to pięknie i nawet lubi to robić, i choć czasem musi przesiedzieć tam cały wieczór, to nigdy nie narzeka.






Czy jest sens robienia skrótu? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że Gabriel to zwyczajny, cieszący się życiem młody mężczyzna. Lubi słuchać muzyki, rocka przede wszystkim, pali papierosy i czasem upija się w ulubionym pubie. Często rozpiera go energia, jednak potrafi ogarnąć się względnie i w większości powstrzymać się przed podejmowaniem decyzji w spontaniczny sposób. Nie wyobraża sobie stworzenia związku z kobietą, bo od zawsze woli facetów. Gdyby znalazł się w pobliżu jakiś psychiatra, pewnie rzuciłby oklepaną tezą, że zawinił ojciec, którego Gabryś nigdy nie miał okazji poznać. I... to tyle. Bo to, że mieszka sam, pracuje w hotelu i trzepie z tego niezłe pieniądze, chyba wszyscy wiedzą.

Z parapetu okna skoczę zatrzaskując oczy

Oliver Robinson

Ma 20 lat. Był na odwyku i w wariatkowie. Nie lubi świata, ale lubi na niego patrzeć oczami o rozszerzonych źrenicach. 

Obecnie stara się pozbierać. Mieszka z siostrą w mieszkaniu na jednej z bocznych ulic. Trzyma w domu kota ochrzczonego
Haszysz. Naprawdę stara się nic nie brać, czasami nie wychodzi. Dużo pali. Jeszcze lubi jak go boli. Dla niego, chodzenie po domu w kiecce to żadna nowość. Bardzo często miewa dni, że nie wychodzi z domu. Jest gejem. Ma znaczną niedowagę. Bierze dużo tabletek. Kiedyś się zabije. Zużywa dużo kolorowych plastrów.
Swoją drogą, nigdy nie był dobry w ogarnianiu się...


Już Cię nie lubi.


Album Olivera.






 




 

21 grudnia 2012

Powiązania Olivera.

Maya Robinson - 15 lat, siostra Olivera. Od dziecka była bardzo zżyta z bratem. Głównie dlatego, że Oliver się wynosił rzuciła wszystko tam i (za niechętną zgodą rodziców...) dała się porwać tutaj. Niby całkowicie potwierdza tezę, że mając Oli'ego za brata nie można być normalnym, ale jak całkiem zwykła nastolatka chodzi do szkoły, przejmuje się głupotami i ogląda za chłopakami, co osobiście jej brata doprowadza do białej gorączki, chociaż on to jest chyba ostatnią osobą, która może się w kwestiach doboru mężczyzn wypowiadać.




Przes­ta­liśmy szu­kać pot­worów pod łóżkiem, gdy zda­liśmy so­bie sprawę, że są wewnątrz nas. 

Historia Olivera.


No to tak, był pierworodnym synkiem Robinsonów, cały szkopuł tkwił w tym, że rodzice się ani nie cieszyli, ani nie smucili na jego narodziny, przyjęli to raczej neutralnie. Matka po porodzie czekała aż będzie mogła znowu się rzucić w wir pracy, w którym tkwił też ojciec. No i to sobie tak leciało, w znaczeniu, że czas. Zabiegani rodzice to wiadomo, jedna opiekunka, druga, ale kto by się przejmował, skoro było ich na to stać, po coś przecież tak zapierdzielali oboje.
Zasadniczo, to Oliver w ciągu dnia widywał rodziców tyle razy, że mógłby to policzyć na palcach swoich dłoni. Dopóki nie podszedł do szkoły to tego nie odczuwał, nie można tęsknić za rodzicami, skoro się ich nigdy nie miało. Kiedy jednak znalazł się wśród zgrai rówieśników miał porównanie i coś mu po prostu nie pasowało, bo inne dzieciaki były przyprowadzane przez kogoś bliskiego, a on przez kobiety, które zmieniały się raz po raz. Gdy zaczął się na to uskarżać za bardzo nie zwrócono na to uwagi, bo to przecież dziecinada, mały chłopiec nie mógł zrozumieć, że rodzice pracować muszą i, zwyczajnie, nie mają czasu.
Trzeba było się z tym pogodzić, przecież nie było odpowiednie dla chłopca by płakać i popadać w coś, co nazywano histerią, tak słyszał.
Któregoś dnia nastał przełom, przynajmniej tak się Oliverowi wydawało, matka mu powiedziała, że będzie miał rodzeństwo. Dzieciak, jak dzieciak, cieszył się, chciał brata, kogoś, komu mógłby pokazać swoją kryjówkę w parku, w centralnej części miasta. Wydawało mu się, że dobrze będzie mieć kogoś takiego, jak młodszy brat.
Po dziewięciu miąsiącach nie było brata, a była siostra, a przełom nie był znowu taki przełomowy, bo historia się powtórzyła. Nic się nie zmieniło i nie wyglądało na to, by miało się kiedykolwiek zmienić.
Oliver, jak na dziecko, przeżył wszystko dzielnie, tylko czasami było mu szkoda, że do odegnania stworzeń spod łóżka używa lampki, a nie woła rodziców. Najgorsze było to, że stworzenia spod łóżka nie zniknęły nawet wtedy, gdy był nastolatkiem, ale wtedy jego siostra była już starsza, mogli zbudować fortecę z prześcieradeł i dziewczynka nie była znowu taka gorsza niż brat, tylko zdecydowanie za często ściągała wszelakie futrzaki do domu.
Dziewczynka, jakimś cudem, tym właśnie przyciąganiem do domu nieszczęśliwych wiewiórek, czy ptaków ściągnęła na siebie uwagę wszystkich, nawet rodzice wydawali się rozczuleni i tak jakby częściej się przy niej pojawiali. Oliver był zazdrosny, miał czternaście lat i koniecznie chciał trochę rodzicieli zagarnąć dla siebie, więc trzeba było jakoś ich do siebie ściągnąć.
Wybrał chyba jedną z gorszych na tamten czas opcji. To była tylko bójka, nic takiego, a jednak wystarczyło by wezwać jednego z opiekunów do szkoły, przyjechała matka, była bardzo zła, ale siedziała na fotelu obok i starała się w jakikolwiek sposób wyjaśnić zachowanie swojego syna. Oliver już wtedy zaczął się zastanawiać, jak daleko będzie musiał się posunąć, żeby mieć i matkę i ojca dla siebie. Nikt przecież nie lubił półśrodków.
Od chęci do czynów u Olivera nie było daleko, ale i tak jego dziwactwa zaczęły się stosunkowo niewinnie. Na początku jedna noc to było maksimum jego nieuzasadnionej niczym nie obecności, ale tym nikt się nie przejął. Chłopak szesnastoletni powinien się przecież wyszumieć, a że nikt nie raczył szukać uzasadnienia jego zachowania to młody Robinson tylko się zaczynał denerwować, samemu nie widząc że się zaczyna w tym wszystkim gubić.
Narkotyki i odwyk niejako się łączą, bardzo często występują obok siebie, tak było tutaj, kiedy dziecka w domu nie ma już dwa pełne dni każdy powinien się zmartwić, ale wtedy było już dość późno, więc przymusowe przebywanie w ośrodku dla uzależnionych wydawało się konieczne.
Przez jakiś czas był spokój, nawet wszyscy zaczęli być przy nim, mógł swobodnie przebywać ze swoją siostrzyczką, a rodzice czasami nawet zostawali w domu całą niedzielę.
Tylko, że to wydawało się nudne, nie takie jakby Oliver chciał, a amfetamina przecież dawała mu wcześniej właśnie brak znudzenia, brak głodu i nie bał się nawet potworów mieszkających pod łóżkiem.
To był czas, kiedy wszystko do niego wróciło, bo w ogólnym porównaniu cała, szara reszta wydawała się nieciekawa, więc nie pozostało mu nic innego, jak się przyodziać odpowiednio i wyjść, tylko po to, by poczuć się tak nieprzyzwoicie dobrze.
Teraz też starano się, go z tego wyciągnąć. Jednak, niewiele da się poradzić na kogoś, kto podczas tego czasu odcięcia od rodziny wbił sobie do głowy, że wszystko jest jego winą.
Bo przecież źle wygląda, źle się zachowywał, był nieodpowiedni i nieidealny.
Wystarczająco dużo powodów by wziąć kolejną działkę, która pociągnęła za sobą dużo cięć, większych i mniejszych.
Przyszła pora na Szpital Psychiatryczny, przynajmniej tak stwierdzono. Podobno potrzebował specjalistycznej opieki, pod którą przebywał może pół roku i najczęściej odwiedzała go ukochana siostrzyczka, która wypiękniała, chudła.
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawił się Louis. Sadysta, jak to sadysta, nie miał nic przeciwko prośbie pokroju „zrób mi krzywdę” i ochoczo ją spełniał, ale zawsze się trzeba z czymś żegnać.
Później się jeszcze z Oliverem spotkali, raz, ale zaraz przed tym jak zadecydowano, że Robinson powinien odetchnąć, a najlepiej zniknąć.
Tylko, że Oliver jeśli miał znikać, to chciał to zrobić z siostrą. Ona go nie nudziła i poświęcała mu uwagę, poza tym, zawsze była piękna. Oboje więc zostali odesłani do Murine Town.
Kiedyś trzeba coś ze sobą w końcu zrobić.


9 grudnia 2012

Then you have to hide your riches...

 
 



 
 
 
Vuko Vaeltaja
samotny wędrowiec bez określonej narodowości, na fińskich papierach;
syn Norweżki i Finlandczyka, wychowywany to tu, to tam, to jeszcze gdzieś indziej;
zadeklarowanie biseksualny;
najstarszy z czwórki synów;
przypadkowy poligota;
niedoszły ksiądz.
 
 
 
 
 


    Vuko to jedna z tych osobistości, które można opisać w kilku zdaniach, a jednocześnie wyprodukować wielostronicowy esej na ten sam temat. Jednak, w tym wypadku najprościej zacząć od samego początku.
    Urodził się jako Vuko Drakkeinen w Rennes na północy Francji, podczas jednej z wielu podróży jego rodziców. To byli ludzie, którzy nie potrafili usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, więc albo trwała ich kolejna podróż, albo mieli w planach przeprowadzkę. Żadne z dzieci nie zatrzymało ich na miejscu na dłużej, niż trzy, cztery lata. Za pierwszym razem Vuko nie zrozumiał, dlaczego zabierają się tak dużo rzeczy, jadąc gdzieś. Po prostu zasnął w samochodzie, by obudzić się w zupełnie obcym miejscu, gdzie mowa nie przypominała ani francuskiego, ani norweskiego, ani fińskiego, którymi porozumiewał się w dość ciężki do zrozumienia sposób - przeplatając słówka między sobą, okazjonalnie wtrącając coś po angielsku, bo rodzice usilnie próbowali ujednolicić jego mowę. Dopiero jak dorósł, zaczął powoli rozróżniać, po jakiemu sam mówi i rozgraniczać języki, chociaż była to mozolna droga.
    Nigdy nie miał specjalnie dobrych przyjaciół. Ot, nie zależało mu na doskonałych relacjach ze światem, gdy wciąż był świadom, że zaraz może się dowiedzieć o przeprowadzce na drugi koniec świata i nic na to nie poradzi. Nie mieli prawie żadnych mebli, wynajmowali mieszkania z wyposażeniem, a i własnych rzeczy mieli ograniczoną ilość. Wszystko po to, by wygodnie transportować i szybko się pakować. Nie dawał swojego nowego adresu nikomu, bo i go nie znał. O tym, do jakiego kraju jadą, dowiadywał się dopiero z biletu, który dostawał do ręki na lotnisku.
    Poza przeprowadzkami zwiedził sporo świata podróżami, bo rodzice skrzętnie wykorzystywali miesiące wakacji, nie wracając do domu nawet na moment. Nie czuł, jakby miał gdziekolwiek własny dom, nawet wtedy, gdy szedł na studia i dostał własnościowe mieszkanie w Oslo.
    Fakt, że jest biseksualny, dotarł do niego gdzieś pod koniec gimnazjum i początkowo ukrywał to, uważając za nieszkodliwą przypadłość - w końcu dziewczyny również mu się podobały, więc można było to stłumić, prawda? Niestety, w późniejszym czasie okazało się to nie takie łatwe, więc przestał to ukrywać. Ba, nawet rodzicom się do tego przyznał, mimo iż byli oni mocno wierzącymi katolikami i tak też go wychowywali. O dziwo, zaakceptowali to, pod warunkiem, że syn dalej będzie podążał wybraną przez nich ścieżką - zostanie księdzem. Nie miał nic przeciwko temu i tak osiadł w Oslo, na studiach teologicznych.
Właściwie, to nie wiadomo, dlaczego je rzucił, po ledwie dwóch latach. Nigdy nikomu tego nie zdradził, chociaż jedni twierdzili, że była to wina jakiejś kobiety, inni, że mężczyzny. Wtedy też rodzina go wydziedziczyła, uznając, że splamił nazwisko. Kulturalnie zmienił je, wynajął mieszkanie studentowi i wyjechał do Rennes, gdzie zaczął kolejne studia - dla odmiany, medyczne. Na nich też nie utrzymał się długo, bo po trzecim roku rzucił wszystko w cholerę i ruszył w świat, będąc w jednej, ciągłej podróży. Na piechotę, pociągami, byle tanio i daleko zajść. Okazjonalnie chwytał się jakiejś pracy, zostając przez to na nieco dłużej gdzieś, ale zaraz potem znów był w ruchu.
    I dopiero niedawno otrzymał telefon od chłopaczka, któremu wynajmuje mieszkanie. Że dostał list, wygląda na to, że z jakiejś kancelarii. Poważnie wygląda, a on otwierać nie chce. A więc przybył do Oslo, gdzie dowiedział się o śmierci dziadka i że ma stawić się na otwarciu testamentu. Udało mu się zdążyć na wyznaczony termin do Ivalo, na północy Finlandii, i nasłuchać się, jak dziadek w swojej ostatniej woli wyrzuca jego rodzicom wyrzucenie Vuko z rodziny, po czym ustanawia go dziedzicem całego swojego majątku. W tym także domu na najdalszym brzegu Murine Town, gdzie mieszkał w czasie wojny. Uznał, że może być to dobry powód, by w końcu zostać w jednym miejscu, a nie latać po świecie to tu, to tam, i sprowadził się tu. Wprawdzie okazało się, że tylko jeden pokój nadaje się to zamieszkania, a reszta to rudera, i tak jest zadowolony. A pieniądze ze spadku idealnie pokryją wydatki na remont.

 



    Jednak, cała ta opowieść nie mówi prawie nic o charakterze Vuko. Jednak, jak on sam uważa, w tym temacie nie ma wiele do powiedzenia. Jest człowiekiem spokojnym, zwyczajnym, który co prawda często przeklina, ale w myślach... Mimo wszystko wciąż wierzący, ale nie uważa, by jego orientacja była grzechem, nawet gdyby miał być z facetem. Liczy się miłość... O ile kiedykolwiek nastąpi ta prawdziwa, w którą, prawdę mówiąc, sam nie wierzy. Ciężko mu usiedzieć w jednym miejscu, ciągnie go do obcych miejsc i nowych ludzi, ba! on wręcz boi się, że nie potrafi się do nikogo ani niczego przywiązać. Że jest jak jakiś ptak, który może ciągle lecieć, nie wracając do gniazda nawet na chwilę. A co ciekawe, wcale go taki stan rzeczy nie cieszy, przynajmniej w tej chwili. Dlatego, chciałby kogoś mieć. Może niekoniecznie człowieka, ale na przykład psa. To już go ogranicza w przemieszczaniu się. Poza tym, nie umie pocieszać. No po prostu nie umie, nie wie co powinien zrobić w chwili, gdy komuś z jego okolicy coś się dzieje. Brak mu doświadczenia na własnym przypadku.
    Właściwie to jedyne, co jest w nim w jakiś sposób wyjątkowe, a jednocześnie równie boleśnie przeciętne, są oczy. Szare, całkowicie szare, niezależnie od sytuacji, szare. Właściwie to jasnoszare, tak, że czasem go podejrzewano o bycie ślepym, ale nie. Jedynie jest nieco bardziej wrażliwy na mocne światło... I nienawidzi wysokich temperatur, chociaż to akurat już nie jest związane z oczami. Wręcz przeciwnie, jest zimnolubny, uwielbia śnieg i tak naprawdę, mógłby się nie ruszać z koła podbiegunowego. Ale Anglia też nie jest taka zła.

 



Inne:
- pracuje jako korepetytor z języków, jak skończy remont ma nadzieję na pracę w szkole językowej;
- poza językami, które zna “od zawsze” zna jeszcze m.in. hiszpański, włoski i niemiecki;
- jego przybrane nazwisko można przetłumaczyć jako wędrowiec, jego imię zaś znaczy wilk;
- jeśli komuś ewidentnie nie ufa, przedstawia się jako Ulf;
- na chwilę obecną zapuszcza włosy;
- nadmiar nerwów na obu rodzajach studiów spowodował u niego astmę, więc zdarzają mu się ataki niemile brzmącego, acz niegroźnego kaszlu;
- świetnie gotuje;
- dba o zdrowie, ale nie robi nikomu wykładów na ten temat. Chyba, że zachodzi taka konieczność;
- teoretycznie, miał być chirurgiem;






 
[Serdecznie się witamy razem z Vuko. Na wątki, powiązania, wszystko, jak najbardziej chętni, a w szczególności, jak pokręcone, zawiłe, i dramatyczne. Zaczynamy, wymyślamy, różnie bywa, zależnie od weny, ale nic nie stoi na drodze, by zapytać. Cytat z tytułu pochodzi z tej samej piosenki, co znajduje się w karcie - Hide your Riches zespołu Korpiklaani.]